
PORTALDOHISTORII: Mamy karnawał, więc zapytam, jak w dawnej Polsce spędzano ten okres kalendarzowy?
RADOSŁAW SIKORA: Karnawał, a precyzyjniej rzecz ujmując, zapusty, to był okres zabaw i intensywnego życia towarzyskiego. Ludzie mieli wówczas dużo wolnego czasu (pora roku uniemożliwiała prace polowe) a ponadto wciąż w miarę pełne spiżarnie. Korzystano więc z tego stosownie do zamożności i usposobienia ludzi. W tym więc czasie wyprawiano bale, odwiedzano się, biesiadowano, tańczono, kojarzono pary, wyprawiano huczne wesela, itd.
Jedną z ulubionych zabaw tego okresu, w której lubowała się szlachta, były kuligi. Jak opisywał nieoceniony Jędrzej Kitowicz, dwóch albo trzech sąsiadów zmawiało się ze sobą i zostawiając w domach jedynie najmłodsze dzieci (pod opieką jakiejś pary dorosłych), pakowali na sanie resztę rodziny oraz czeladź i ruszali do obranego przez siebie szlachcica. Tam zajeżdżali, narzucając się gospodarzom z przymusową gościną, która trwała tak długo, jak nieproszeni goście uznali za stosowne, albo też do opróżnienia piwnicy z trunków a spiżarni z jedzenia. Wtedy zabierali dotychczasowych gospodarzy z sobą i ruszali do kolejnej „ofiary”. Tak to odwiedzano po kolei szlacheckie dwory, aż kończono zabawę w domach tych, którzy ten kulig zainicjowali.
Sporo miejsca, szczególnie w drugim tomie „Dawnej Rzeczpospolitej na nowo odkrytej” poświęca Pan polskiej religijności w tamtych czasach. Z czego wynikała ówczesna tolerancja religijna? Z ducha wolności, wielkiej wyrozumiałości dla wierzeń innych, a może jak pisze Henryk Sienkiewicz w „Wirach” z lenistwa?
Z rozsądku ówczesnej szlachty, która widziała w Europie tragiczne skutki nietolerancji religijnej w postaci wojen domowych i brutalnych prześladowań z rzeziami innowierców włącznie. Polscy i litewscy szlachcie uznali więc, że mądrzejszym będzie zapewnić sobie wzajemnie wolność wyznawania dowolnej religii, niż prześladować się wzajemnie. Przy czym podkreślę, że nie była to forma akceptacji innych religii (bo niemal każdy uważał, że to właśnie jego i tylko jego religia jest tą właściwą), lecz uznanie, iż lepiej ścierpieć istnienie innowierców, niż wdawać się z nimi w krwawe, wyniszczające walki. Taka, bardzo pragmatyczna postawa, była wówczas mało zrozumiała w Europie, gdzie powszechnie postrzegano ją jako wyraz obojętności religijnej Polaków. W rzeczywistości jednak nasza szlachta zwykle była bardzo religijna, tyle, że wrodzony jej umiar (czyli niechęć do skrajnych rozwiązań, połączona z kulturą konsensusu – dążeniem do załatwiania spraw na drodze wzajemnych ustępstw) i duch wolności, popchnęły przedstawicieli różnych wyznań do zagwarantowania sobie wolności religijnej. Z tych gwarancji, jakie sobie dała szlachta, korzystali także mieszczanie i niższe stany.
Czy chłopi mogli wyznawać inną wiarę niż ich pan?
W swojej masie – tak. Taka była norma. Na przykład bywało, że pan zmieniał wyznanie (np. z prawosławnego czy katolika stawał się kalwinem), a chłopi trwali przy swojej wierze (np. katolickiej, czy prawosławnej). Bywali jednak szczególnie pobożni panowie, którzy starali się nawracać chłopów na swoją wiarę. Nie robili tego jednak siłą, lecz perswazją i sposobem (np. fundując świątynię swojego wyznania w danej wsi). Czasem to wychodziło lepiej, a czasami w ogóle. Zresztą religia była potężnym mieczem obosiecznym. Mogła być wykorzystana przez samych chłopów przeciw swym bogobojnym panom. Na przykład starosta lanckoroński, a przy okazji rotmistrz husarski, Michał Zebrzydowski (czyli wnuk fundatora znanej do dzisiaj kalwarii, Mikołaja Zebrzydowskiego), który we wspomnianym starostwie posiadał rozliczne włości, w 1646 r. zalecał ich zarządcom: „Kto by za najazdem Szatańskim od wiary powszechnej Katolickiej, czego Boże zachowaj, odstąpić miał, tego ze wsi zaraz wygnać”.
Jeśli więc chłop nie chciał już odrabiać pańszczyzny we włościach Zebrzydowskiego, to mógł zadeklarować, iż porzuca katolicyzm i poszukać lepszych warunków do życia gdzie indziej. A pan starosta lanckoroński tracił to co wówczas było cenniejsze niż sama ziemia – ręce do pracy na niej.
Oczywiście w nowym miejscu osiedlenia ten sam chłop mógł się ponownie „nawrócić” na katolicyzm, bo jak uczył Jezus Chrystus, każda zbłąkana owieczka miała nie tylko prawo powrotu do stada, ale dobry pasterz powinien się o to szczególnie starać.
Dlaczego dawni Polacy nie cenili Niemców?
To nieco bardziej skomplikowane… Polska szlachta ceniła Niemców jako zdolnych i pracowitych rzemieślników, czy chłopów. Dlatego przez stulecia, aż po upadek dawnej Rzeczypospolitej, szlachta chętnie przyjmowała niemieckich emigrantów, którzy na naszych ziemiach szukali lepszego losu. Niemcom nie chodziło zresztą jedynie o poprawę materialnego bytu, ale i o bezpieczeństwo. Tutaj nikt ich nie prześladował religijnie i nie próbował siłą wcielać do wojska, co zwłaszcza w XVIII wieku było plagą pruskich wsi i miast.
Ponadto królowie polscy cenili sobie niemiecką piechotę, dlatego nieraz w państewkach niemieckojęzycznych (tu przypomnę, że w jedno państwo Niemcy połączyły się dopiero w 1871 r.) zaciągali żołnierzy-ochotników. W przeciwieństwie bowiem do kawalerii, w której służyła nasza szlachta, z ochotnikami do służby w piechocie zwykle były u nas problemy.
Natomiast zupełnie inna mentalność i buta Niemców budziły wśród Polaków głęboką odrazę. Najlepiej to chyba ujął Wacław Potocki, pisząc w drugiej połowie XVII w.:
„Nigdy w szczerej nie żyli Polak z Niemcem zgodzie:
Polaka [niemiecka] pycha, Niemca [polska] wolność w oczy bodzie.
Stąd przypowieści miejsce, że póki świat światem,
Nie będzie nigdy Niemiec Polakowi bratem.”
Które zwyczaje dawnej Rzeczypospolitej warto dziś przywrócić? Co dla młodego człowieka, zapatrzonego w smartfon może być interesującego w dawnej Rzeczypospolitej?
Tych zwyczajów było kiedyś tyle, że chyba każdy znalazłby dla siebie coś interesującego i wartego wskrzeszenia. Myślę jednak, że warto wyróżnić tu coś, co kiedyś było ulubioną zabawą i sportem chłopców, a mianowicie szermierkę palcatami (kijami). Chłopcy zawsze mieli do tego szczególne zacięcie, bo rozwijało to ich ciało i ducha, a przy tym przydawało się w życiu (od pól bitew po karczmy). Dzisiaj już wojny z użyciem szabel czy mieczy nam nie grożą, ale sądzę, że zdecydowanie lepsza jest zabawa palcatami, niż wieczne ślęczenie z nosami w telefonach komórkowych.
Dziękuję za rozmowę.
Książki Radosława Sikory można kupić na stronie Wydawnictwa Zona Zero i w dobrych księgarniach.


