Max Schreck: Wampir, który nie chciał kłaniać się swastyce

Max Schreck

Dla jednych był tylko pseudonimem innego aktora, dla innych – prawdziwym potworem, który nie potrzebował charakteryzacji. Max Schreck, odtwórca roli hrabiego Orloka w kultowym „Nosferatu”, do dziś pozostaje jedną z najbardziej tajemniczych postaci w historii kina. Jednak za fasadą filmowego demona krył się człowiek o zdumiewającej odwadze, który w najmroczniejszym momencie historii Niemiec nie bał się stanąć po stronie wolności.

Człowiek z cienia czy aktorski mit?

Kiedy w 1922 roku na ekrany wszedł „Nosferatu – symfonia grozy”, publiczność była przerażona. Max Schreck jako hrabia Orlok wyglądał tak nienaturalnie i przerażająco, że szybko zrodziła się miejska legenda: Schreck nie istnieje, a w postać wampira wcielił się znany gwiazdor Alfred Abel ukryty pod pseudonimem. Niektórzy szeptali nawet, że reżyser F.W. Murnau zatrudnił… prawdziwego krwiopijcę.

Rzeczywistość była jednak inna. Max Schreck był doświadczonym aktorem teatralnym, wychowankiem legendarnej szkoły Maxa Reinhardta. Choć współcześni zapamiętali go jako samotnika o specyficznym poczuciu humoru, który uwielbiał długie spacery po lasach i życie w „odrealnionym świecie”, jego kariera była jak najbardziej realna. Zanim stał się ikoną horroru, szlifował warsztat w teatrach w Monachium i Berlinie, grając postacie groteskowe i charakterystyczne.

Kabaret przeciwko dyktaturze

Prawdziwa twarz Schrecka ujawniła się nie w blasku jupiterów, ale w dusznych salach kabaretowych lat 30. W styczniu 1933 roku – dokładnie w miesiącu, w którym Adolf Hitler doszedł do władzy – aktor wziął udział w ryzykownym przedsięwzięciu. Wystąpił w „Die Pfeffermühle” (Pieprzniczka), otwarcie antyfaszystowskim kabarecie prowadzonym przez Erikę Mann, córkę słynnego pisarza Thomasa Manna.

Podczas gdy wielu kolegów z branży szukało porozumienia z nowym systemem, Schreck obracał się w kręgach progresywnych twórców, takich jak Bertolt Brecht. Jego zaangażowanie w politycznie niebezpieczne widowisko sprawiło, że władze nazistowskie zamknęły kabaret zaledwie po dwóch miesiącach działalności. Ta decyzja odbiła się na jego karierze filmowej – po 1933 roku role Schrecka drastycznie się skurczyły, prawdopodobnie ze względu na jego „trudną” osobowość i niechęć do angażowania się w partyjną politykę.

Ostatnia kurtyna Wielkiego Inkwizytora

Mimo politycznych nacisków, Schreck do końca pozostał wierny scenie. Nigdy nie wstąpił do NSDAP i nie brał udziału w propagandowych przedsięwzięciach. Pracował głównie w teatrze w Monachium, gdzie wieczorami wcielał się w wielkie role klasyczne.

Jego śmierć była równie nagła, co dramatyczna. 19 lutego 1936 roku zagrał rolę Wielkiego Inkwizytora w sztuce „Don Carlos”. Tego wieczoru poczuł się gorzej, a wezwany lekarz skierował go do szpitala. Nad ranem, w wieku zaledwie 56 lat, serce filmowego Nosferatu przestało bić. Choć świat zapamiętał go jako szponiastego potwora, jego nekrologi w pierwszej kolejności wychwalały wybitną kreację w „Skąpcu” Moliera, którą uznawano za szczyt jego aktorskich możliwości.

Ciekawostka na koniec

W 2000 roku legenda o „prawdziwym wampirze” odżyła w filmie „Cień wampira”. W postać Schrecka wcielił się Willem Dafoe, który za tę rolę otrzymał nominację do Oscara. Twórcy filmu postawili w nim śmiałą tezę, że Schreck rzeczywiście był potworem, który w zamian za rolę w filmie Murnaua miał otrzymać krew głównej aktorki. To niesamowity przykład tego, jak filmowa kreacja z 1922 roku po niemal stu latach wciąż potrafi karmić wyobraźnię widzów.

Przewijanie do góry