Przygotował likwidację zdrajcy, który wydał Niemcom gen. Stefana Roweckiego „Grota”

Rano, 30 czerwca 1943 r. Niemcy otoczyli budynek przy ul. Spiskiej 14 w Warszawie. Aresztowali tam przywódcę polskiej konspiracji, dowódcę Armii Krajowej.
Zatrzymanie gen. Stefana Roweckiego ps. „Grot” nie było dziełem przypadku. Trafił w ręce wroga dzięki pracownikom wywiadu AK, którzy pracowali dla Niemców: Ludwika Kalksteina, Blanki Kaczorowskiej i Eugeniusza Świerczewskiego.

wydał Niemcom gen. Stefana Roweckiego „Grota”


Kalkstein, Świerczewski, Kaczorowska – zdrajcy, którzy wydali Grota-Roweckiego (YouTube)

Los generała Roweckiego i dalsze losy jego zdrajców

Gen. „Grot” po aresztowaniu trafił najpierw do siedziby Gestapo przy Alei Szucha 25 w Warszawie, a następnie do Berlina. W połowie lipca 1943 r. uwięziono go w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen, gdzie prawdopodobnie został zamordowany na początku sierpnia 1944 r.
Niemcy otoczyli zdrajców ochroną. Podziemiu udało się zlikwidować jedynie Eugeniusza Świerczewskiego. Pozostali nigdy nie ponieśli kary. Kalkstein zmarł w 1994 r., Kaczorowska w 2002 r.

Kiedy kończyło się powstanie warszawskie, we wrześniu 1944 r. w położonym na południe od stolicy Grójcu pojawił się Ludwik Kalkstein. Przybył tam z oficerem Gestapo Erichem Mertenem, który nadzorował jego działalność od momentu przejścia na stronę Niemców w 1942 r. – Obaj agenci rozpracowali teren dobrze, aresztowań jednak nie przeprowadzili, wygryzieni przez tutejszych starych pracowników gestapo. Ponieważ wiem, że raporty szczegółowe posyłali do Sochaczewa, przypuszczam, że aresztowania nas nie miną – raportował 10 października 1944 r. szef kontrwywiadu grójeckiej AK Henryk Pawłowski „Cień”.

Z agentami współpracowało mieszkające w Grójcu małżeństwo figurujące pod pseudonimami Kazimierz i Wisia. On, około 40-letni inżynier chemik, średniego wzrostu i silnej budowy ciała, ona około 30 lat. Siatka agentów Kalksteina w Grójcu i okolicy miała liczyć kilkanaście osób.

Zdrajca zamieszkał w grójeckiej siedzibie Gestapo, w istniejącym do dziś budynku. Po okolicy poruszał się w mundurze SS, wojskowym samochodem lub motocyklem z koszem, w eskorcie 2–3 uzbrojonych SSmanów. Odwiedzał dwory ziemiańskie, m.in. Trzylatków i Machnatkę. Przedstawiał się jako graf von Kalkstein lub Konrad Stark. Miał dużą wiedzę na temat grójeckiej konspiracji, której jednak nie ujawniał podczas rozmów toczonych w obecności Niemców. – Domagał się poczęstunku zakropionego alkoholem i narzucał swoje towarzystwo gospodarzom, wdając się w długie rozmowy z nimi i innymi przebywającymi tam osobami. Dawał przy tym wyraźnie do zrozumienia, że zdaje sobie dobrze sprawę z konspiracyjnego zaangażowania całego środowiska i poszczególnych osób, swoich rozmówców – pisał w niepublikowanej relacji prof. Andrzej Nadolski.

– Zbliżająca się katastrofa III Rzeszy skłaniała go do świadczenia usług raczej stronie polskiej. Łącznikiem między Kalksteinem a władzami AK był zapewne artysta-malarz Franciszek D., z którym Kalkstein się po swojemu „zaprzyjaźnił”. D. towarzyszył niekiedy Kalksteinowi w jego eskapadach, rysował Niemcom obrazki i portrety, otrzymał nawet od nich pistolet Walter 7,65 z amunicją – czytamy w relacji prof. Nadolskiego pochodzącej z początku lat 90. XX wieku. Jak podkreślił historyk w przytoczonej relacji, malarz nie ukrywał swego kontaktu z Kalksteinem przed znajomymi z AK, do której sam niewątpliwie należał.

Wyrok na zdrajcę

Sierżant podchorąży Nadolski jako dowódca Sekcji Specjalnej AK zaproponował przełożonym wykonaniu wyroku śmierci na Kalksteinie za zdradę Polski.
Sekcja Specjalna AK m.in. ochraniała zrzuty lotnicze i likwidowała zdrajców pracujących dla Niemców.

Propozycja nie spotkała się z aprobatą komendanta Ośrodka AK Lipie por. Józefa Bruskiego ps. Wojciech. Zgodził się na nią natomiast szef grójeckiego Kedywu por. Jan Warnke ps. Błysk. Akcja miała się odbyć, gdyby Kalkstein dokonywał aresztowań. Nadolski dwukrotnie przygotował likwidację zdrajcy w lesie koło leśniczówki Kohouta w Wilczorudzie, ale Kalkstein nie pojawił się. Być może został ostrzeżony o planowanych akcjach. Akcją likwidacyjną dowodził por. Tadeusz Wierzbicki ps. „Soplica”. Prawdopodobnie pod koniec października 1944 r. Kalkstein przeniósł się z Grójca do Skierniewic.

W szeregach Armii Krajowej

Andrzej Nadolski trafił na Grójecczyznę w wyniku wojny. Rodem z Krakowa, maturę uzyskał w 1939 r. w warszawskim gimnazjum im. Księcia Józefa Poniatowskiego. Najpierw pod pseudonimem „Pucka”, a następnie „Żar” dowodził drużyną i Sekcją Specjalną Kedywu AK w VIII Ośrodku AK Lipie wchodzącego w skład Obwodu AK „Głuszec” Grójec. Podczas wojny poznał swoją przyszłą żonę sanitariuszkę AK w Ośrodku AK Lipie, Barbarą Pszczółkowską ps. Wilga, z którą miał troje dzieci. Towarzyszyła mu przez całe życie, aż do jego nagłej śmierci w wieku 72 lat na atak serca w wigilię Bożego Narodzenia 1993 r. Spoczywają razem w skromnym grobie na Starym Cmentarzu w Łodzi niedaleko wejścia od ul. Ogrodowej.

Nad grobem prof. Nadolskiego żegnali go ze sztandarem AK „Głuszec” koledzy z grójeckiej konspiracji. – Zachował do ostatka wojskową postawę, styl żołnierza i dowódcy. Często też, zwłaszcza w ostatnich latach, wracał w rozmowach do tamtego czasu i spraw, o których przekazał również zwięzłe pisane relacje. Utrzymał trwałą przyjaźń z dawnymi towarzyszami broni, którym też zadedykował ostatnią swą książkę – pisał we wspomnieniowym tekście go historyk prof. Ryszard Kiersnowski. Tą książką było dzieło jego życia, zatytułowane „Grunwald”.

Przygody Pana Samochodzika

Prof. Andrzej Nadolski stał się też pierwowzorem profesora Nemsty, który pojawia się na kartach „Pana Samochodzika i świętego relikwiarza”, autorstwa Zbigniewa Nienackiego (pierwotnie wydanej w 1957 r. jako „Uroczysko”). Niedawno wydawnictwo Siedmioróg wydało komiks zatytułowany „Pan Samochodzik. Uroczysko”.

Pan Samochodzik

Akcja książki toczy się na wysepce położonej obok łęczyckiej kolegiaty, gdzie archeolodzy badają prasłowiański kurhan. Badaczom towarzyszy student historii sztuki i dziennikarz Tomasz N.N., czyli późniejszy Pan Samochodzik. Wykopaliskami w grodzisku w Tumie pod Łęczycą kierował Andrzej Nadolski w latach 40. i 50. XX w. – Studnie zabytkowe prześladowały nas w czasie badań archeologicznych w Łęczycy. Na samym grodzisku odkryliśmy dwie, a jak się potem okazało, kilka następnych czekało na swą kolejkę w bliższej i dalszej okolicy, pierwsza studnia grodowa, szanowna, bo pochodząca z XII–XIII wieku objawiła się nam jako potężna kwadratowa jama ocembrowana solidnie drewnem łączonym na zrąb. Wnętrze wypełniał zgęstniały muł. Dzięki wilgotnemu otoczeniu drewno cembrowiny zachowało się świetnie i początkowo byliśmy przekonani, że cały obiekt uda nam się wyeksplorować aż do dna – opisywał swoją pracę żywym, pełnym humoru językiem w „Ścieżce archeologów” Nadolski.

Zanim Nadolski trafił na wykopaliska do Łęczycy, ukończył historię na Uniwersytecie Łódzkim, gdzie przebył drogę od studenta do rektora uczelni w 1968 r. Przygodę z archeologią rozpoczął w 1949 r. w zespole nestora łódzkich archeologów, prof. Konrada Jażdżewskiego. Badał początki państwa polskiego. Pracami wykopaliskowymi w grodzisku w Tumie pod Łęczycą kierował już samodzielnie. – Energiczny, rzeczowy, niezależny, koleżeński a zarazem utrzymujący dyscyplinę pracy i prestiż kierownika – dowódcy, sprawił, iż gród łęczycki należy do najpełniej przebadanych i opracowanych obiektów tego typu na obszarze Polski – wspominał go historyk prof. Ryszard Kiersnowski.

Prof. Andrzej Nadolski popularyzował historię w programach i audycjach radiowych oraz telewizyjnych, m.in. „Dzieje kultury polskiej“.


Dzieje kultury polskiej – Koniec dynastii (YouTube

Przewijanie do góry