
UPAŁ
Piec niebios rozpalony na pół się rozłupał,
na patelni asfaltów smaży się kurz ulic
i domy się rumienią, jak skwarki z cebulą…
Zionie, bucha do okien rozżarzony upał.Słońce — kucharz spocony, potwornie opasły,
miesza złotą warząchwią w ukropie przestworzy
i rzuca na obłoków roztopione masło
złomy murów drgające, jak ryby pod nożem.Wiatr chciał uciec przed żarem, lecz omdlał niestety
i wlecze się niemrawo i murów się czepia —
z ogromnego zdziwienia wybałuszył ślepia,
że ludzie — to chodzące bitki i kotlety.Sapią głucho tramwaje, by szyn się dodrapać.
Wiatr ołowiem spadł na dół i pionowo sterczy.
Auta w ciężkim galopie rozdymają chrapy,
lakier żeber im pęka, smaży się i skwierczy.Drzewom w parkach więzionym zatliły się grzywy,
pod fontannę się pchają, by nogi wymoczyć.
Kwiaty — lotne motyle — czeredą zgiełkliwą
pofrunęły trzepocząc w jarzące roztocza.Zewsząd bucha błękitny, niewidoczny płomień —
drga w nim wszystko i skacze z nerwową szybkością.
W szyby — oczy zamrużone na drgających domach —
słońce wgryza się gwałtem, aż do szpiku kości.Pofruniemy przez błękit, gdzie bory szemrzące
sączą zieleń w otchłanie mrocznego parowu —
będę patrzył z murawy na okruchy słońca
przez twe palce — woalkę złocisto-różową…A wieczorem wyjdziemy z zielonej kąpieli,
by się wytrzeć ręcznikiem chłodnego zachodu
i do ust nam przypłynie lekki obłok w bieli —
dużą porcją pachnących, waniliowych lodów.
Kim jest Konstanty Dobrzyński? Urodził się pod koniec roku 1908 w Łodzi na przedmieściu Chojny, jako syn robotnika fabrycznego. Ojciec jego zaginął na wojnie. Matka znalazła się w nędzy. Udała się na Kujawy do rodziny. Mały Konstanty zarabiał na życie pasaniem bydła u okolicznych włościan. Wieczorami uczyła go matka czytania na książeczce do nabożeństwa. Chodząc za krowami, przeczytał prawie wszystkie dzieła Sienkiewicza, które oszołomiły go i nakłoniły do uczenia się.
Dostał się do zakładu rzemieślniczo-wychowawczego Braci Franciszkanów we Włocławku. Po kilku latach wrócił do Łodzi, gdzie ukończył szkołę powszechną i był rok w państwowej szkole włókienniczej, którą musiał opuścić z powodu choroby matki, żywicielki rodziny. Pracował dwa lata jako robotnik budowlany, potem otrzymał pracę w fabryce Scheiblera i w tym czasie kształcił się w gimnazjum wieczorowym, kończąc w nim 5 klas.
Po odbyciu służby wojskowej był przez 3 lata bezrobotny. Uczył się bez przerwy przy pomocy przyjaciół maturzystów i akademików. W okresie tym zabrał się już na serio do twórczości literackiej.
Nędza robotników wzbudziła w nim ducha buntu. Wkrótce zetknął się z ruchem narodowym, który go porwał ideowością. Gdy pojawiły się w Łodzi pierwsze numery „Orędownika”, zbliżył się doń Dobrzyński. Wkrótce poczęły się jego wiersze pojawiać w tym piśmie, a po pewnym czasie Dobrzyński został współpracownikiem łódzkiego oddziału redakcji „Orędownika”.
W wierszach swych Dobrzyński otwiera całą swoją duszę, wrażliwą na piękno przyrody, nutę liryzmu i zadumy, na tętno życia fabrycznego, na niedolę wyzyskiwanych i nędzę bezrobotnych, na przeobrażenia ideowe w psychice narodu.
W cyklu „Usta na gwiazdach” Dobrzyński osiąga najwyższy poziom poetyckiego piękna i natchnienia w wierszach: „Lipiec”, „Gwiazdy”, „Smutek”, „Zaduma”.
Pokrewny jest cykl „Łódź” z szeregiem realistycznych obrazów oraz z uroczym, sielską swą prostotą wierszem „Na Chojnach”.
Najmocniejsze w ekspresji swej wręcz dramatycznej są wiersze cyklu „Czarna poezja”, obrazujące życie maszyn i tych, którzy im służą, a nieraz bywają ofiarą wyzysku: „Taniec maszyn”, „Jan Cebula”, „Tkacz”, „Robotniku szary” i inne.
W cyklu „Dłonie ku niebu” młody poeta buntuje się przeciwko istnieniu nędzy ludzkiej, szamoce się, rzuca krzyk protestu ku Bogu, ale kończy swój bunt akordem wiary i nadziei: „Credo”.
Wypowiedziawszy walkę „wodzeniu ludu po złudnych manowcach” (walki klasowej), poeta woła: „W nowy idziemy Polski świt” i z entuzjazmem daje wyraz pędowi młodego pokolenia ku lepszemu jutru Polski („Pod wiatr” i in.) w myśl wezwań i zaklęć przywódców ruchu narodowego („Prometeusze”, „Dmowski”, „Confiteor”).
Twórczość poetycka Dobrzyńskiego, zdrowa, męska, szczera, żywiołowa, jest przeciwieństwem cherlactwa, a częściowo wręcz zwyrodnienia owych wyblakłych dusz, których „poezja” albo kroczy na szczudłach wymęczonej pozy i fałszu uczuć, albo tacza się wprost po jakichś obłędnych zaułkach szyderstwa z wszystkiego, co piękne, wzniosłe, silne i — sensowne.
Dwa elementy wypełniają przede wszystkim duszę Dobrzyńskiego: wczucie się całym jestestwem w nędzę ludzką oraz entuzjastyczny poryw dla idei narodowej, przekształcającej polską duszę zbiorową. W zwycięstwie idei narodowej widzi Dobrzyński wybawienie z niedoli tych, co cierpią głód i chłód.
Poezja Dobrzyńskiego to piękny kwiat, rosnący na polskiej narodowej glebie.
Niechaj uwagi te moje wstępne zachęcą jak najszersze koła do zapoznania się z poezją syna narodowej Łodzi robotniczej, do wniknięcia w utwory jego sercem gorącym, duszą wrażliwą. To moje życzenie dla młodego poety. Ale nie życzenie jedyne.
Drugie jest może jeszcze ważniejsze, a mianowicie, by nie spoczął on na laurach poetyckich, lecz w niezmordowanej pracy nad sobą i twardej walce z życiem i jego przeciwnościami dążył nadal stale naprzód i wzwyż, pomny prawdy, że kto nie postępuje, ten się cofa.
Wierzę, że Konstanty Dobrzyński zdoła do pracy tej i walki męską ze siebie wykrzesać siłę.
Marian Seyda
Poznań, w listopadzie roku 1935.
Źródło: Konstanty Dobrzyński, Żagwie na wichrach, Poznań 1938 r.
