William Friedkin – reżyser „Egzorcysty”, strzelał z pistoletu na planie, by uchwycić prawdziwy strach

7 sierpnia 2023 roku zmarł William Friedkin – reżyser, który nigdy nie szedł na łatwiznę. Jego filmy były jak on sam: głośne, ryzykowne, bezkompromisowe. Dla jednych mistrz horroru, dla innych autor brudnych kryminałów. Ale dla wszystkich – jeden z najważniejszych twórców Nowego Hollywood.
Zaczynał od… sortowania poczty
Zanim zdobył Oscara, zanim nakręcił horrory, które spędzały sen z powiek milionom widzów, William Friedkin pracował w… dziale pocztowym lokalnej stacji telewizyjnej w Chicago. Był nastolatkiem bez matury, bez planów, ale z pasją do filmów i przekonaniem, że kamera może zmieniać świat.
Już jako osiemnastolatek reżyserował programy na żywo, a jego pierwszy poważny dokument – The People vs. Paul Crump – pomógł uratować skazańca od kary śmierci. To wtedy zrozumiał, że kino jest potężnym narzędziem.
„Francuski łącznik” i dokumentalny pazur
Przełom przyszedł w 1971 roku. Francuski łącznik był brutalny, brudny i kręcony tak, jakby to był dokument. Friedkin nie bawił się w zezwolenia – po prostu pchał kamerę na ulice Nowego Jorku i robił pościgi na żywo, często z prawdziwym ryzykiem. W słynnej scenie pościgu samochód pędził pod jadącym nad ziemią metrem, a kierowca ledwo uniknął zderzenia z przechodniem – to nie było ustawione.
Film zgarnął pięć Oscarów, w tym dla niego jako najlepszego reżysera. I otworzył nowy rozdział w amerykańskim kinie – bez upiększeń, bez grzeczności, za to z uderzającym prosto w twarz realizmem.
„Egzorcysta” – horror, który wstrząsnął światem
Dwa lata później przebił samego siebie. Egzorcysta nie był zwykłym horrorem – to była prowokacja w wielkim stylu. Chłodny, wiarygodny, bez tanich straszaków. Ludzie mdleli w kinach, Kościół protestował, krytycy się sprzeczali, a widzowie ustawiali się w kolejkach.
Na planie panowała nerwowa atmosfera – Friedkin specjalnie utrzymywał aktorów w napięciu, a czasem niespodziewanie odpalał huk z rewolweru na ślepe naboje w trakcie ujęcia, żeby wywołać autentyczny odruch strachu. W scenach egzorcyzmów obniżał temperaturę w studiu do zera, by aktorom naprawdę widać było parę z ust.
Film zarobił fortunę, miał 10 nominacji do Oscara i na zawsze zmienił sposób, w jaki opowiada się o strachu. Friedkin pokazał, że najgorsze potwory są niewidzialne – siedzą w głowie i duszy człowieka.
Ryzykant, który nie znał kompromisu
Później już nie wszystko było hitem kasowym, ale wciąż miał moc. Sorcerer (1977) – ambitny remake Ceny strachu z 1953 roku – zatonął w cieniu Gwiezdnych wojen, choć dziś wielu uważa go za arcydzieło. Friedkin kręcił go w trudnych warunkach, w dżungli, przy ciągłych awariach sprzętu i chorobach ekipy.
Zadanie specjalne (1980) z Alem Pacino wywołał burzę zanim jeszcze trafił do kin – część scen musiał dokręcać w ukryciu. A Żyć i umrzeć w Los Angeles (1985) wróciło do miejskiego brudu i pokazało jeden z najlepszych pościgów lat 80., zrealizowany… pod prąd ruchu na autostradzie.
Friedkin był perfekcjonistą i potrafił być ostry. Krzyczał na aktorów, prowokował ich, a nawet sam wywoływał efekty specjalne – jak wtedy, gdy na planie Egzorcysty strzelał z pistoletu, żeby uzyskać prawdziwe reakcje.
Od horroru do opery – aż do samego końca
W latach 90. trochę przygasł, ale wrócił mocno. Robak (2006) i Zabójczy Joe (2011) były mroczne, psychologiczne i mocno współczesne – krytycy znów mówili, że Friedkin jest w formie. Ostatni film, Bunt przed sądem wojennym (2023), skończył tuż przed śmiercią – pokazano go w Wenecji w 2023 roku.
Między filmami reżyserował opery – w Chicago, Waszyngtonie czy Monachium – z taką samą pasją i dbałością o szczegóły, jak w kinie. Pisał, udzielał się w dokumentach, chętnie komentował kino i politykę. Ale nigdy nie przestał być sobą – twórcą, który lubił drażnić i iść pod prąd.
Ciekawostka na koniec
Jednym z jego ulubionych filmów – choć przez krytyków zjechanym bez litości – było Jade (1995). Friedkin zawsze twierdził, że został on źle zrozumiany i niesprawiedliwie oceniony. Publiczność spodziewała się „drugiego Nagiego instynktu”, a on nakręcił opowieść o manipulacji, korupcji i moralnym rozkładzie w wyższych sferach, ubranej w kostium erotycznego thrillera.
Był też dumny od strony technicznej – szczególnie chwalił dynamiczny montaż, zdjęcia Andrzeja Bartkowiaka oraz intensywną scenę pościgu ulicami San Francisco, którą uważał za jedną z najlepszych w swojej karierze. Co więcej, Jade był jednym z tych filmów, w których miał pełną kontrolę nad obrazem i montażem – a to dla Friedkina było zawsze kwestią zasadniczą.
Niepopularność tego tytułu traktował wręcz jako dowód, że nie podążał ślepo za oczekiwaniami rynku. Nawet jeśli oznaczało to komercyjną porażkę, wolał iść własną drogą. W tym sensie Jade stało się symbolem jego uporu, niezależności i przekonania, że kino nie jest od tego, by spełniać cudze oczekiwania.
