Antek Rozpylacz – postrach „gołębiarzy” i legenda pierwszych dni Powstania

8 sierpnia 1944 roku, w samym sercu walczącej Warszawy, padły strzały, które przerwały życie jednego z najbardziej rozpoznawalnych żołnierzy batalionu „Sokół”. Miał 21 lat, na imię Antoni Szczęsny Godlewski, ale dla wszystkich był po prostu „Antkiem Rozpylaczem” – chłopakiem ze Stenem, który polował na niemieckich snajperów i dodawał otuchy swoim kolegom.
Syn wicewojewody, student z konspiracji
Antoni pochodził z rodziny, która miała mocną pozycję w przedwojennej Polsce. Jego ojciec, Franciszek Godlewski, był wysokim urzędnikiem państwowym – wicewojewodą nowogródzkim i warszawskim, a potem starostą warszawskim. Antoni dorastał w patriotycznym domu, w którym miłość do Polski była czymś oczywistym.
Przed wojną uczył się w prestiżowych szkołach, m.in. u jezuitów w Chyrowie. Kiedy Niemcy napadli na Polskę, miał przed sobą jeszcze dwa lata nauki do matury. W okupowanej Warszawie studiował na tajnych kompletach Politechniki Warszawskiej.
Skąd „Rozpylacz”?
Pseudonim wziął się od pistoletu maszynowego Sten, który zdobył jeszcze przed powstaniem. W tamtych realiach była to broń marzeń – w pierwszych dniach sierpnia batalion „Sokół” miał tylko jeden taki egzemplarz, kilka karabinów, pistolety, granaty i butelki z benzyną.
Antek ze swoim Stenem stał się postrachem „gołębiarzy” – niemieckich snajperów, którzy czaili się na dachach i strychach, strzelając do powstańców i cywilów. Według relacji mógł mieć na koncie nawet 18 zlikwidowanych strzelców wyborowych. Widziano go wszędzie tam, gdzie było najgoręcej.
Żywioł i odwaga
Współtowarzysze wspominali go jako wiecznie uśmiechniętego, energicznego i odważnego do granic brawury. Chodził w zdobycznym hełmie, przepasany taśmą nabojów, w wysokich butach z cholewami i z biało-czerwoną wstążką na hełmie. W oddziale towarzyszyła mu narzeczona – sanitariuszka Janina „Nina” Grzybowska – oraz trzynastoletni łącznik Zalman „Miki” Hochman, żydowski chłopiec ukrywający się pod fałszywym nazwiskiem.
„Był ulubieńcem wszystkich. Świetny żołnierz i doskonały kolega” – wspominała Alicja „Hanka” Janiszewska z batalionu „Sokół”.
Ostatnia walka
8 sierpnia oddział „Sokół” próbował zdobyć „Cafe Cristal” – niemiecką pozycję na rogu Alej Jerozolimskich i Brackiej. Zadaniem „Antka” było osłanianie ogniem szturmujących kolegów. Wychylił się z bramy, by oddać serię ze Stena. Seria z niemieckiego karabinu maszynowego przeszyła go w jednej chwili. Padł na miejscu. Zaraz potem zginął żołnierz, który próbował sięgnąć po jego broń.
Ryzyko było tak duże, że ciało „Antka” ściągnięto spod ognia bosakiem. Zrobiła to „Nina” w towarzystwie dwóch kolegów z oddziału.
Pożegnanie bohatera

Następnego dnia odbył się pogrzeb, w którym uczestniczyli powstańcy i cywile. Ranny dowódca batalionu, Władysław Jan Olszewski „Sokół”, kazał przynieść się na noszach, by pożegnać swojego żołnierza.
W 1945 roku ciało Antoniego ekshumowano i z honorami przeniesiono na Cmentarz Wojskowy na Powązkach. Na ścianie kamienicy przy Brackiej 5a do dziś widać napis wykonany ręką jego matki: „Antek Rozpylacz został pochowany na Cmentarzu Wojskowym”. Napis zabezpieczono szybą, a w 48. rocznicę śmierci odsłonięto go uroczyście.

Legenda, która trwa
Pośmiertnie odznaczony m.in. Krzyżem Srebrnym Orderu Virtuti Militari, stał się symbolem młodzieży, która w sierpniu 1944 roku chwyciła za broń, by walczyć o wolność. Jego imię nosi ulica na warszawskiej Woli i harcerska drużyna „Baon”.
Czy wszystko, co o nim opowiadano, jest prawdą? Tego dziś nie sposób ustalić. Ale jedno wiadomo na pewno – „Antek Rozpylacz” zapisał się w historii jako odważny, żywiołowy chłopak, który oddał życie, robiąc to, co umiał najlepiej: walcząc u boku swoich przyjaciół.
