Był taki czas w Polsce, że bez jego zgody w kinie nie mogło wydarzyć się niemal nic. Aleksander Ford rządził polskim filmem twardą ręką, jeździł luksusowymi autami i pociągał za sznurki, o których inni mogli tylko pomarzyć. Jednak ta opowieść, choć zaczyna się od wielkich sukcesów i czerwonych dywanów, kończy się tragicznie i w całkowitej samotności.

Chłopak z fabryki, który chciał być kimś
Zanim cały kraj poznał go jako wielkiego reżysera, nazywał się Mosze Lifszyc. Jego początki wcale nie zapowiadały luksusów. Jako nastolatek musiał ciężko pracować w łódzkiej fabryce, by pomóc rodzinie po śmierci ojca. Ale Mosze miał ambicję – uciekł do Warszawy, zaczął pracować w sklepie z aparatami i powoli wsiąkał w świat ruchomych obrazów. To wtedy narodził się „Aleksander Ford”.
Już przed wojną pokazał, że ma nosa do kamery. Kręcił filmy o biednych dzieciakach z ulicy, o gazeciarzach i robotnikach. Robił to tak dobrze, że krytycy byli zachwyceni, a cenzura… wściekła. Ford nie bał się pokazywać brudu i biedy, co ówczesnej władzy nie zawsze było na rękę.
Człowiek, który trzymał klucze do sławy
Prawdziwa rewolucja w jego życiu przyszła po wojnie. Ford wrócił do Polski jako wpływowy oficer i szybko stał się „carem” kina. To on decydował, kto dostanie pieniądze na film, a czyj scenariusz trafi do kosza. Potrafił być surowym nauczycielem – to on pomógł wystartować Andrzejowi Wajdzie, choć jednocześnie potrafił bez mrugnięcia okiem wyciąć połowę jego filmu, jeśli uznał, że tak będzie lepiej.
Jego potęga sięgnęła szczytu, gdy nakręcił „Krzyżaków”. To był hit wszech czasów – Polacy walili do kin drzwiami i oknami, a Ford pławił się w luksusach. Miał piękne samochody, pił drogi koniak i czuł się nietykalny. Nawet skandal obyczajowy, gdy „odbił” żonę znanemu krytykowi Zygmuntowi Kałużyńskiemu, nie zaszkodził jego pozycji.
Wszystko runęło w jeden rok
Karta odwróciła się gwałtownie w 1968 roku. Przez kraj przetoczyła się fala antysemityzmu, a Ford, dotąd wielki pan i dyrektor, nagle stał się niemile widziany. Donosy, podsłuchy i wrogie spojrzenia dawnych kolegów sprawiły, że musiał spakować walizki i wyjechać z Polski.
Na emigracji czekał go szok. Okazało się, że poza Polską nikt nie zamierza dawać mu nieograniczonej władzy ani wielkich budżetów. W Danii czy USA był tylko jednym z wielu starszych panów, którzy szukali pracy. Próbował kręcić filmy, ale kończyły się one klapami. Pieniądze topniały, luksusowa willa przepadła, a Ford stawał się coraz bardziej zgorzkniały.
Smutny koniec legendy
Ostatnie miesiące jego życia to smutny obraz człowieka, który stracił wszystko. Opuściła go żona, odebrano mu dom, a on sam nie potrafił robić nic innego poza reżyserią. 4 kwietnia 1980 roku, w małym motelu na Florydzie, postanowił, że to koniec. Zostawił po sobie dwie nagrane kasety dla najbliższych, których nikt nigdy nie przesłuchał – jego żona zniszczyła je zaraz po jego śmierci. Tak odszedł człowiek, który kiedyś trząsł całą polską kulturą.
Tajemnica kaset z Florydy
Kiedy policja znalazła ciało Forda w pokoju motelowym, obok leżał magnetofon z dwiema kasetami. Były zaadresowane do żony i córki. Co na nich było? Skrucha, wyjaśnienia, a może żal do całego świata? Tego nigdy się nie dowiemy. Eleanor, jego żona, uznała, że to, co tam nagrał, powinno odejść razem z nim i zniszczyła taśmy, nie odsłuchując ich do końca.
