NASZA ROZMOWA. Słowianie staną się tak popularną marką popkulturową jak Wikingowie?

Słowiańska Gorączka

Słowiańskość buduje naszą tożsamość – mówi dr Aleksandra Seliga, autorka książki pt. Słowiańska gorączka. Moda, mistyka i mistyfikacje XIX wieku.

PortalDoHistorii.com: Czym jest według Pani słowiańskość i jak się dziś przejawia?

Słowiańskość to termin, który może pomieścić w sobie bardzo dużo, od szkolnych narracji patriotycznych o początkach Polski, Lechach, Piastach Kołodziejach i Wandach, aż po memy, trendy w social mediach i popkulturze typu „słowiański przykuc”, slavic stare, slavic girl aesthetic, slavic girl trend. Słowiańskość może odwoływać się do najdawniejszych dziejów, do XIX-wiecznej wsi, albo nawet do współczesności. Jest międzynarodowa i regionalna. Jest patrzeniem wąsko, punktowo – i szerzej, holistycznie. Jest muzyką, sztuką, odzieżą, estetyką, subkulturą, sposobem wyrażania siebie. Może być celebrowana samemu lub w grupie. Jest w domach i na wielkich festiwalach, w badaniach naukowych i rekonstrukcyjnych osadach, w skansenach, książkach poważnych i rozrywkowych, komiksach, grach, filmach i serialach. Jest w regionalnej kuchni i strojach ludowych. W celebrowaniu dawnych tradycji i obrzędów, niekoniecznie pogańskich. Nie jestem pewna, czy potrafię skonstruować satysfakcjonującą definicję „słowiańskości”, ale być może po prostu wszyscy ją czujemy? Jest przeżywanym wciąż na nowo, na rozmaite sposoby, naszym dziedzictwem kulturowym i naszą historią na tle innych grup etnicznych, oczywiście bez żadnego wywyższania czy ksenofobii. Buduje naszą tożsamość, na powrót pozwala odnaleźć coś, co XIX-wieczni filozofowie nazywali „duchem narodu”. Wydaje się, że w czasach, gdy cały świat się uniformizuje, a z pokolenia na pokolenie dawne zwyczaje zaczynają odchodzić w zapomnienie – zachowanie owej tożsamości, owego „ducha”, jest niezwykle ważne. Badacze nazywają nasze czasy „wielkim zwrotem folklorystycznym”.

Skąd się wzięło współczesne zainteresowanie słowiańskością? Czy podobna była geneza tego zjawiska w XIX wieku?

Słuchacze bardzo często zadają mi to pytanie po wykładach i na spotkaniach autorskich. Tak, myślę, że w jakimś sensie powody są podobne. I wierzę, że analizując, jak przebiegało to w wieku XIX, będziemy w stanie lepiej zrozumieć swoje potrzeby, swoje tęsknoty i swoje wariacje. Inna sprawa, że pewnych analiz można dokonać dopiero patrząc na coś z perspektywy czasu, a od pierwszego „boomu” na dawnych Słowian i folklor dzielą nas już prawie dwa wieki.

Po pierwsze, zarówno wtedy, jak i teraz, cała Europa szukała swych korzeni. Dziś można nawet powiedzieć, że cały świat. Strach przed utratą tożsamości i „połknięciem” przez jeden, zachodni wzorzec pchnął różne państwa na całym globie do przyjrzenia się swym unikalnym kulturom – afrykańskim, azjatyckim, europejskim. I wreszcie my, Słowianie, także zrozumieliśmy, że jeśli prędko nie zrobimy czegoś, by zachować dawne tradycje, przepisy, tańce, pieśni, zwyczaje – one po prostu znikną. Znikną z wesel, świąt, a nawet codzienności (choć te częściej niż zwyczajami zwane są pogardliwie przesądami czy zabobonami). To spowodowało ogromny zwrot w stronę odkrywania swego regionu, tradycji rodzinnych, wspomnień i opowieści. W XIX wieku doszły do tego oczywiście zabory. Wiadomo, że im bardziej czegoś się Polakom zakazuje, tym bardziej i z tym większym uporem będą ku temu dążyć. W pewnym momencie pojawił się Zorian Dołęga-Chodakowski, który powiedział, że stare, pogańskie obrzędy kryją się gdzieś jeszcze pod strzechami wieśniaczych chat. Dziś wiemy, że miał rację. Wiele tradycji celebrowanych po dziś dzień, jak malowanie jajek, sianko pod obrusem, stawianie zniczy na grobach, a nawet kolędowanie – ma pogańskie tradycje (warto pamiętać, że kiedyś „kolęda” znaczyło po prostu pieśń dziękczynna z życzeniami zdrowia i szczęścia na Nowy Rok). I tak samo jak romantycy szybko zetknęliśmy się ze smutną prawdą, że o dawnych Słowianach wiemy niewiele – oni postanowili wypełnić pustkę wyobraźnią poetycką, a my piszemy słowiańską fantastykę, tworzymy komiksy, piosenki, a rodzimowiercy nawet (re)konstruują z pomocą własnej fantazji pogańskie obrzędy. Co fascynujące – wykorzystują do tego wiersze romantyków, które recytują jako modlitwy!

Dlaczego Słowianie nie stali się tak popularną marką popkulturową jak Wikingowie?

Myślę, że na to może przyjść czas. O terenach Skandynawii wiemy jednak więcej, zachowały się zabytki piśmiennicze, archeologiczne, mity, opisy bogów. Poza tym podlegali oni podobnemu procesowi „romantyzowania” i idealizowania na Zachodzie, co u nas, powiedzmy, Kozacy. Romantyzowania w takim sensie, że wybacza się im zbrodnie i się nimi fascynuje. Dziesięć lat temu nastolatki kochały się w serialowym Ragnarze tak jak ja w dzieciństwie w Bohunie. Dla Zachodu, który wciągnął wikingów do popkultury, cały ich dawny świat, łącznie z mitologią, musiał wydawać się niezwykle egzotyczny, i dziś to samo dzieje się z kulturą słowiańską. Obserwuję to w sieci – książki o magii ludowej z Czech, z Polski, z Ukrainy, biją rekordy popularności w angielskich wydaniach. Może zaczęło się od Wiedźmina?

Dlaczego słowiańska mitologia inspiruje kolejne pokolenia autorów tekstów literackich, od czasów romantycznych po dziś dzień?

Wydaje mi się, że ten proces przebiega sinusoidalnie. Są takie momenty – całe epoki – gdy trend na Słowiańszczyznę mocno się wybija. Sentymentalizm – romantyzm – Młoda Polska – dwudziestolecie międzywojenne – lata sześćdziesiąte i stulecie chrztu Polski – dziś. A pomiędzy nimi cisza, jakby ten temat znów wpełzł pod kamień i czekał na wyjście. Zawsze też, gdy wychodzi, jest ku temu jakiś powód. Wiek XIX to oczywiście zabory, walka o niepodległość, chęć zachowania polskości w obliczu planów wyrugowania naszej kultury. Dwudziestolecie to z kolei szał odzyskania państwa, a więc próba spojrzenia wstecz, do początków, by podjąć refleksję nad tym co i w jakim kształcie robić dalej. Potem wiek XX i ogromne pieniądze na badania archeologiczne, odkrycie śladów pogańskiej świątyni na Łyścu, na Ślęży, w wielu miejscach Polski, a wraz z tym wznowiona debata na temat mitologii naszych przodków. A dziś? Ponownie – może Sapkowski okazał się Mickiewiczem naszych czasów? Albo wręcz Goethem? Oczywiście mówię to z przymrużeniem oka, badam literaturę, nie społeczeństwo. Byłoby fantastycznie, gdyby odpowiedzią na to pytanie zajęła się interdyscyplinarna ekipa.

Stara baśń, Balladyna, Dziady, a może coś innego? Który z polskich utworów literackich inspirowanych słowiańskością zrobił na Pani największe wrażenie?

Stara baśń jest wysoko na mojej liście ulubieńców, ale oczywiście, jak tłumaczę w książce, mnóstwo w niej głupot i fantazji Kraszewskiego, niby prozaika, ale jednak ideologicznie starego romantyka. Niewątpliwie ta książka wpłynęła na polskie wyobrażenia na temat dawnych Słowian, czego odbiciem są dzisiejsze slavic booki. Na mnie jednak największe wrażenie robią wiersze Maryli Wolskiej, poetki, która wierzyła, że jest inkarnacją słowiańskiej kapłanki i pisała modlitwy do Starych Bogów pogrążona w „transie”, w odosobnieniu, w karpackim majątku. Niezwykła kobieta.

Pieśni Osjana, rzekome utwory legendarnego celtyckiego barda cieszące się na przełomie XVIII i XIX wieku w Europie i Polsce popularnością to najsłynniejszy zachodni przykład mistyfikacji literackiej. Czy w Polsce mieliśmy do czynienia z podobnym fałszerstwem?

Jak najbardziej. Najgłośniejsze słowiańskie fałszerstwa tamtych czasów pochodzą z takiej samej potrzeby, co współczesne internetowe teorie o Wielkiej Lechii czy słowiańskich runach: z braku źródeł, który miłośnicy słowiańskości rozpaczliwie próbowali zapełnić. Pierwszym szeroko zakrojonym oszustwem były „idole prillwickie”, brązowe figurki rzekomo wykopane w Meklemburgii, które miały pochodzić z okolic legendarnego grodu Radogoszcz. Kolejne fałszerstwo to tzw. kamienie z Mikorzyna, owalne, ociosane głazy ozdobione znakami runicznymi i postaciami, które uznano za dawnych bogów. Choć przez lata prezentowano je obok Światowida ze Zbrucza, a nawet pokazano na kongresie w Antwerpii, w końcu wykazano, że to zwyczajne oszustwo. Oczywiście warto dodać, że takie sensacje miały też podtekst polityczny: w czasie zaborów wszystko, co dotyczyło dawnych Słowian, budowało świadomość narodową. Były i fałszerstwa „pisane”: Kronika Prokosza, rzekomo najstarsza polska kronika z X wieku; rękopisy Václava Hanki, Rękopis królodworski i zielonogórski, przedstawiane jako teksty z XIII i IX wieku, pełne pieśni i opowieści o przedchrześcijańskich czasach. One też odpowiadały na polityczną potrzebę: skoro Rosja miała Słowo o wyprawie Igora, inne narody słowiańskie chciały dowieść własnej starożytnej literatury, także jako obrony przed rusyfikacją.

Skąd wiadomo co jest rzeczywistą tradycją słowiańską a co fikcją literacką?

Jest kilka sposobów. Po pierwsze, jeśli jakiś (pseudo)bóg pojawia się w źródłach dopiero od XVIII – XIX wieku, a wcześniej nigdzie nie był wspominany, musimy zachować czujność. Po drugie, dzisiejsze metody skanowania tekstu i obliczania wieku dokumentu czy zabytku archeologicznego, które pomagają ustalić jego faktyczny czas powstania. W ten sposób zbadano odkrytą niedawno „twarz” z Jeziora Lednickiego. Czasem w weryfikacji pomaga po prostu zdrowy rozsądek. Jeśli o mitach Słowian wiemy tak niewiele, a nagle ktoś wydaje książkę, w której jest skomplikowany, wieloimienny panteon bogów o rozmaitych, szczegółowo opisanych funkcjach i perypetiach, powinna zapalić nam się czerwona lampka.

Pisze Pani w książce pt. Słowiańska gorączka. Moda, mistyka i mistyfikacje XIX wieku, że sięganie po słowiańskość to próba stworzenia oryginalnej, alternatywnej opowieści o otaczającym świecie zamiast kopiowania zachodnich wzorców narracyjnych. Ale romantyzm trafił do Polski z Niemiec, a wraz z nim fascynacja wierzeniami przedchrześcijańskimi. Czy nie jest to więc kolejne przyjęcie zachodniej narracji kulturowej, w szczegółach dostosowanej do naszych warunków?

Poniekąd tak. Dziś, jak wspomniałam, impuls także przyszedł z Zachodu. Ciekawie pisze o tym prof. Adam Mazurkiewicz. Rozróżnia on bowiem słowiańskie wytwory kultury i popkultury, w tym powieści, na dwie strategie: adaptacji i rekonstrukcji. Ta pierwsza w gruncie rzeczy tylko kopiuje zachodnie wzorce i ubiera je w słowiański kostium – jak wszystkie rodzime wariacje na temat Gry o tron, Władcy Pierścieni etc. Przenoszą zachodnie wzorce narracyjne, epickie, mitologiczne, na nasz grunt, lecz te opowieści nie są głęboko zakotwiczone w naszej kulturze. Strategia rekonstrukcji, przeciwnie, stara się poprzedzić stworzenie utworu (filmowego, literackiego, muzycznego) głębokimi badaniami dotyczącymi właśnie słowiańskości, by zaproponować coś oryginalnego, nowatorskiego, ale jednocześnie odwołującego się do naszych dawnych tradycji, niekoniecznie pogańskich, czasem po prostu ludowych. Myślę, że łatwo samemu przyporządkować treści, które przyswajamy, do tych dwóch kategorii. Warto też pamiętać, że nie jestem skrajną fanatyczką słowiańskości. Nie chodzi mi o to, jak na przykład w XIX wieku Chodakowskiemu czy Berwińskiemu, by wyrzucić do kosza wszystko to, co zapożyczyliśmy od innych, od sąsiadów, by to wymazać i zastąpić tylko rodzimym pierwiastkiem. Zresztą byłoby to zwyczajnie niemożliwe. Chodzi raczej po prostu o tę próbę zachowania, zatrzymania i nie patrzenia na folklor jako coś przaśnego i wstydliwego, o czym należy zapomnieć i przeprowadzić się szybko do Warszawy, ale traktowania naszego dziedzictwa kulturowego jak skarbu. I przekazywania takiej postawy dzieciakom.

Rozmawiał: TPL

Książka „Słowiańska gorączka. Moda, mistyka i mistyfikacje XIX wieku” Aleksandry Seligi ukazała się nakładem Wydawnictwa Replika. Więcej informacji o książce znajdziecie na stronie wydawnictwa (kliknij w okładkę)

Słowiańska Gorączka
Przewijanie do góry