Rankiem 9 marca 1989 roku Białystok stanął w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Wykolejenie pociągu transportującego ciekły chlor z ZSRR do NRD mogło doprowadzić do skażenia chemicznego na ogromną skalę i tragedii tysięcy mieszkańców.

Niebezpieczny ładunek na torach
Około godziny 2:25 w nocy, w pobliżu ulicy Jagienki i Poleskiej, z torów wypadły cztery cysterny z 32-wagonowego składu zmierzającego w stronę stacji Białystok. Pociąg przewoził niezwykle groźny ładunek – ciekły chlor. Choć na miejscu szybko pojawiła się straż pożarna i przedstawiciele PKP, lokalne służby nie dysponowały sprzętem pozwalającym na opanowanie tak specyficznego zagrożenia. Dopiero przed godziną 4:00 rano wezwano specjalistyczną jednostkę ratownictwa chemicznego z Płocka.
Miasto w niepewności
Informacje o wypadku początkowo starano się ograniczyć, rozstawiając posterunki blokujące dostęp do miejsca zdarzenia. Oficjalny komunikat władz pojawił się dopiero około godziny 11:00, dziewięć godzin po wypadku. Reakcje mieszkańców były zróżnicowane – część osób zdecydowała się na wyjazd z miasta, inni chronili się na wyższych piętrach budynków, wierząc, że w razie wycieku chlor będzie rozprzestrzeniał się nisko przy ziemi. Kluczowa faza akcji ratunkowej trwała do późnego wieczora. Podnoszenie cystern przy pomocy dźwigu kolejowego wiązało się z ogromnym ryzykiem rozszczelnienia zbiorników, co mogło stworzyć chmurę gazu o zasięgu nawet kilkudziesięciu kilometrów.
Przyczyny i pamięć o ocaleniu
Dwa tygodnie po zdarzeniu prokuratura wskazała, że winę za katastrofę ponosi zły stan techniczny infrastruktury. Pęknięcie szyny było wynikiem nieprawidłowej konserwacji, co doprowadziło do postawienia zarzutów pracownikom PKP. Na szczęście w wyniku zdarzenia nikt nie zginął. W 1994 roku w miejscu wykolejenia postawiono krzyż upamiętniający te wydarzenia. Dla wielu mieszkańców ocalenie miasta miało wymiar duchowy i jest łączone ze wstawiennictwem bł. Michała Sopoćki.
