Lutowa noc 1855 roku na zawsze zapisała się w kronikach południowej Anglii. Gdy mieszkańcy okolic estuarium rzeki Exe obudzili się po gwałtownej śnieżycy, ich oczom ukazał się widok, który wprawił całe hrabstwo w stan najwyższego przerażenia. Przez dziesiątki mil ciągnął się nieprzerwany sznur śladów przypominających odciski kopyt, który nie zważał na żadne ludzkie przeszkody.

Sto mil niepokoju
Wszystko zaczęło się w nocy z 8 na 9 lutego 1855 roku. Rankiem mieszkańcy ponad 30 miejscowości – od Exmouth po Teignmouth – odkryli w świeżym puchu dziwne tropy. Ślady miały około 10 centymetrów długości i 7 centymetrów szerokości. Układały się niemal idealnie w linii prostej, jeden za drugim, co w świecie zwierząt zdarza się niezwykle rzadko.
To, co najbardziej uderzyło świadków, to „wszechobecność” sprawcy. Trop nie omijał ogrodzeń, rzek czy stogów siana. Ślady kopyt odnajdywano na szczytach ośnieżonych dachów, na wysokich murach, a nawet przy wylotach rur spustowych o wąskiej średnicy. Szacuje się, że tajemnicza trasa mogła liczyć od 60 do nawet 160 kilometrów. W czasach, gdy wieści rozchodziły się powoli, ta wiadomość błyskawicznie trafiła na ambony, a przerażeni wieśniacy zaczęli mówić o „śladach szatana”.
Między balonem a ucieczką z menażerii
Próby racjonalnego wyjaśnienia zagadki pojawiły się niemal natychmiast, choć każda z nich miała swoje luki. Jedna z najciekawszych teorii, zaproponowana przez Geoffreya Householda, sugerowała nieszczęśliwy wypadek z balonem doświadczalnym z doków w Devonport. Urządzenie miało ciągnąć za sobą liny zakończone metalowymi okuciami, które uderzając o ziemię, zostawiały regularne znaki. Wyjaśniałoby to ślady na dachach, ale sceptycy słusznie pytali: jak to możliwe, by liny nie zaplątały się w żadne drzewo na dystansie stu mil?
Inny trop prowadził do świata zwierząt. Richard Owen, słynny badacz tamtego okresu, przekonywał, że sprawcami były borsuki – aktywne nocą i zostawiające stosunkowo duże odciski stóp. Pojawiła się też plotka o parze kangurów, które miały uciec z prywatnej menażerii w Sidmouth. Pastor G. M. Musgrave przyznał później, że sam podsycał historię o kangurach, by uspokoić swoich parafian i odciągnąć ich myśli od sił nieczystych.
Czy to tylko zbiorowa iluzja?
Współczesne analizy, m.in. Mike’a Dasha, sugerują, że za „ślady szatana” mogło odpowiadać kilka różnych czynników naraz. Część tropów to prawdopodobnie żarty, inne mogły zostać zostawione przez myszy zaroślowe, których skok w głębokim śniegu zostawia ślad przypominający kopyto.
Problemem pozostaje jednak skala zjawiska. Trudno uwierzyć, by myszy lub żartownisie byli w stanie stworzyć spójną, niemal stumilową trasę w jedną noc. Dodatkowo opisy świadków były niespójne. Jedni widzieli ślad pełnego kopyta, inni rozdwojonego, co sugeruje, że pod jedną legendę podpięto wiele różnych, niezwiązanych ze sobą wersji.
Globalne echo tajemnicy
Choć incydent w Devon jest najsłynniejszy, historia zna więcej takich przypadków. Piętnaście lat wcześniej, w 1840 roku, „The Times” donosił o podobnych śladach w szkockich górach, przypominających odcisk kopyta źrebięcia, ale o dziwnym, „skaczącym” charakterze. Z kolei doniesienia z Galicji (z okolic Piaskowej Góry w dzisiejszej Polsce) sugerowały, że podobne znaki pojawiają się tam w śniegu lub piasku niemal co roku, co miejscowi od pokoleń przypisują wpływom nadprzyrodzonym. Wygląda na to, że zima 1855 roku w Anglii była jedynie najbardziej spektakularną odsłoną zjawiska, które od dawna budziło lęk w różnych częściach Europy.
Ciekawostka na koniec
Choć od wielkiej zagadki minęło ponad półtora wieku, historia lubi się powtarzać. W 2013 roku w szkockiej miejscowości Girvan ponownie zgłoszono pojawienie się serii zagadkowych tropów na śniegu. Choć wielu uznało to za żart primaaprilisowy, sprawa błyskawicznie ożywiła wspomnienia o wydarzeniach z Devon, udowadniając, że widok „diabelskich kopyt” wciąż potrafi poruszyć masową wyobraźnię tak samo skutecznie, jak w epoce wiktoriańskiej.
