
Silny sztorm, noc i zimne Morze Północne.
10 stycznia 1965 roku polski drobnicowiec MS „Nysa” zatonął u wybrzeży Norwegii. Zginęła cała, 18-osobowa załoga.
Statek płynął ze szkockiego portu Leith do Oslo, wioząc 650 ton złomu – pocięte szyny kolejowe. Wiał wiatr o sile 10° w skali Beauforta, a fale dochodziły do 12 metrów. O 22:33 norweska jednostka „Berby” zauważyła sygnały SOS. Kilkanaście minut później… nie było już nic do ratowania.
W kolejnych dniach morze oddawało tylko ślady katastrofy: fragmenty szalupy, koła ratunkowe, elementy kadłuba, a potem ciała siedmiu marynarzy.
Najbardziej prawdopodobną przyczyną tragedii było przemieszczenie się źle zabezpieczonego ładunku podczas sztormu, co doprowadziło do utraty stateczności. Oficjalnie jednak przyczyny zatonięcia nigdy jednoznacznie nie ustalono. Sprawa była niewygodna – dotykała problemów systemowych: presji armatora, braków kadrowych i realiów żeglugi w PRL.
Po latach pojawiła się jeszcze sensacyjna historia „listu w butelce”, rzekomo napisanego przez jednego z marynarzy podczas katastrofy. Badania wykazały jednak, że był fałszerstwem.
