Hitchcock wybierał blondynki. Nie bez powodu
Gdy Alfred Hitchcock wybierał aktorki do swoich filmów, nie kierował się przypadkiem. Miał swój ideał: eleganckie blondynki o lodowatym spojrzeniu i powściągliwej aurze. „Ciemnowłose kobiety są zbyt emocjonalne” – mówił. „A blondynka? Wygląda niewinnie, więc kiedy robi coś złego – to szokuje bardziej.”
Ikony kina i twarze mistrza
Grace Kelly w „Oknie na podwórze” to kwintesencja tego stylu: chłodna, zmysłowa, ale zawsze trzymająca emocje na wodzy. Kim Novak w „Zawrocie głowy” – to już pełna gra pozorów: uwodzenie, tajemnica, dramat. A potem pojawiła się Tippi Hedren – najpierw w „Ptakach”, później w „Marnie” – która stała się dla Hitchcocka nie tylko gwiazdą filmu, lecz także obiektem obsesyjnej fascynacji.
Każda z tych aktorek była inna, ale wszystkie łączył wspólny mianownik: to Hitchcock wyznaczał kierunek. To on prowadził emocje widza i nadawał ich postaciom symboliczne znaczenie.
Obsesja, która miała swoją cenę
W stosunku do aktorek Hitchcock potrafił być wymagający, ale czasem przekraczał granice. Najgłośniejszy przykład to jego relacja z Tippi Hedren. Podczas pracy nad „Ptakami” wszystko musiało się odbywać zgodnie z jego wizją – także zachowanie samej aktorki. Kiedy zaczęła się buntować, reżyser odpłacił jej milczeniem i blokadą kariery. Wciąż obowiązywał ją kontrakt, przez co nie mogła przyjmować ról w innych produkcjach.
Dopiero po latach Tippi Hedren opowiedziała, co naprawdę działo się na planie – o presji, psychicznej manipulacji i uczuciu osamotnienia. „Nie był potworem” – powiedziała – „ale chciał kontrolować wszystko. Nawet mnie.”
Dziedzictwo i reinterpretacje
Styl Hitchcocka – a zwłaszcza jego blondynki – stały się wzorem dla pokoleń filmowców. Brian De Palma w „W przebraniu mordercy”, David Lynch w „Blue Velvet”, Paul Verhoeven w „Nagim instynkcie” – każdy z nich odwoływał się do tej samej estetyki. Zimna uroda, napięcie seksualne, groźna tajemnica.
Do dziś, gdy widzimy na ekranie blondynkę w eleganckim płaszczu, gdzieś z tyłu głowy uruchamia się ten sam kod.
Kobiety z krwi i kości
Warto pamiętać, że za każdą z tych postaci stały prawdziwe kobiety. Aktorki z talentem, emocjami, własnym życiem. Hitchcock często mówił o nich jak o postaciach z szachownicy – ale one nie były tylko figurami w jego grze.
Niektóre wspominały go z podziwem, inne – z bólem. Wszystkie jednak zapisały się w historii kina. I to nie tylko jako „blondynki Hitchcocka”, ale jako silne, świadome kobiety, które stały się ikonami mimo, a czasem właśnie dzięki tej trudnej relacji.
Ciekawostka na koniec
Grace Kelly miała zagrać główną rolę w Marnie (1964), ale zrezygnowała na prośbę dworu w Monako, który nie chciał, by księżna wracała do aktorstwa. Kelly napisała Hitchcockowi poruszający list z wyjaśnieniem, na co reżyser odpowiedział z klasą i zrozumieniem. Choć film zrealizowano z Tippi Hedren, Hitchcock do końca uważał Grace za swoją idealną „lodową blondynkę”.
