Podczas uroczystego powitania radzieckich kosmonautów w Moskwie doszło do wydarzenia, które mogło wstrząsnąć całym ZSRR. Młody oficer Armii Radzieckiej otworzył ogień do rządowej kolumny, przekonany, że w jednej z limuzyn jedzie Leonid Breżniew.

Strzały na trasie kawalkady
22 stycznia 1969 roku w Moskwie świętowano sukces misji Sojuz-4 i Sojuz-5. Tłumy zgromadziły się w centrum miasta, by powitać bohaterów kosmosu. Wśród nich znalazł się 22-letni młodszy lejtnant Wiktor Iljin, który samowolnie opuścił swoją jednostkę i przyjechał do stolicy z dwoma pistoletami.
Przebrany w mundur milicyjny wmieszał się w tłum na trasie przejazdu rządowej kawalkady. Gdy kolumna samochodów zbliżała się do Kremla, Iljin otworzył ogień do drugiej limuzyny, sądząc, że znajduje się w niej Breżniew. Opancerzony pojazd wytrzymał ostrzał, jednak kierowca został ciężko ranny i zmarł następnego dnia. W samochodzie znajdowali się kosmonauci, którzy nie odnieśli obrażeń.
Samotny zamachowiec i cisza propagandy
Leonid Breżniew nie jechał ostrzelanym pojazdem. Zmienił trasę i wjechał na Kreml inną bramą. Zamachowiec został szybko obezwładniony. Śledztwo wykazało, że działał sam i kierował się przekonaniem o konieczności „ocalenia kraju”.
Władze uznały Iljina za niepoczytalnego i skierowały go do szpitala psychiatrycznego, gdzie spędził niemal dwie dekady. Informacje o politycznym tle zamachu starano się ograniczyć do minimum, przedstawiając całą sprawę jako czyn osoby niezrównoważonej.
Nieudany zamach z 1969 roku pozostaje jednym z najbardziej niewygodnych epizodów epoki Breżniewa – dowodem na to, że nawet w pozornie stabilnym Związku Radzieckim istniały głębokie napięcia i sprzeciw wobec systemu.
